05-400 Otwock, ul.Sułkowskiego 11 tel./faks 22 779 26 94 e-mail: sekretariat@parkiotwock.pl

09-411 Biała, Siecień 134 tel. 24 231 12 73 e-mail: p.pietrzak@parkiotwock.pl

05-500 Piaseczno, ul. Instytutowa 10, Żabieniec tel./ fax. 22 754 51 00 e-mail: chojnowskipark@parkiotwock.pl

26-670 Pionki, ul. Radomska 7 tel./fax.(48) 612 34 41 e-mail: kozienickipark@parkiotwock.pl

05-400 Otwock, ul.Sułkowskiego 11 tel./faks 22 779 26 94 e-mail: sekretariat@parkiotwock.pl

07-130 Łochów, Kaliska 93 tel./fax.(25) 644 13 71 e-mail: npk@parkiotwock.pl

DSC07783
IMG_20170714_131236-EFFECTS
DSC01103aa
Otwarte krajobrazy Bagno Całowanie
20200811_121154
KONICA MINOLTA DIGITAL CAMERA
Image901
SONY DSC
zając BPK
zimorodek2
DSC_0521
DSC_2520
IMG_20160715_120942
DSC04969
SONY DSC
motyl
Makolągwa (samiec)
Dzięcioł duży (młody osobnik)
Pliszka żółta (samiec)
Tracz nurogęś - Mergus merganser - samica z młodymi
Pliszka siwa (samiec)
previous arrow
next arrow
Kategorie
Historia i kultura KPK

Historia Puszczy

Puszczami nazywano duże obszary pierwotnego lasu, nieprzeobrażone działalnością człowieka. Większość puszcz nazwy swe otrzymywała najczęściej od miejscowości, gdzie mieściły się władze administracyjne danego kompleksu leśnego lub od siedziby właściciela.

Puszcza Radomska (nazwa pochodzi od grodu Radom, który istniał już w X wieku) leżała w widłach rzek Wisły i Pilicy, między dwoma dzielnicami – Małopolską i Mazowszem.

Rozwój osadnictwa – ze względu na tą przejściowość Puszcza Radomska była od północy zamieszkana przez Mazurów, a od południa przez Sandomierzan. Wszystkie osady znajdowały się na peryferiach puszczy (najstarsze to min. Sieciechów, Ryczywół, Sucha) jedynie Jedlnia położona była wewnątrz puszczy. Znaczny rozwój osadnictwa na obszarze Puszczy Radomskiej nastąpił w XIV wieku po ogłoszeniu przez Kazimierza Wielkiego tzw. Statutów Wiślickich, na mocy których mieszkańcy tych terenów zwolnieni zostali z danin płaconych z użytków rolnych przez okres 6 lat. Wtedy to na  obrzeżach Puszczy powstało kilka nowych wsi szlacheckich i małych osad (Policzna, Głowaczów, Brzóza, Kozłów, Jastrzębia). Wraz z rozwojem osadnictwa nastąpiły znaczne wylesienia (wylesienia nie dotyczyły królewszczyzny w Puszczy Radomskiej, podlegała ona ochronie jako miejsce królewskich polowań).

Gospodarka w Puszczy – główną działalnością mieszkańców puszczy było bartnictwo i łowiectwo. Bartnictwo to była dawna forma hodowli pszczół w specjalnie w tym celu wydrążonych dziuplach drzew, czyli barciach. Największy jego rozkwit przypada na XVI wiek. W XVI i XVII wieku powstały młyny i tartaki poruszane siłą wodną, a główną rzeką na której powstawały była Zagożdżonka. Rzemieślnicy puszczańscy (bednarze, kołodzieje, gontarze) przerabiali drewno na różne sprzęty lub wypalali je na węgle i smołę.

Nazwa „Puszcza Kozienicka” powstała dopiero na początku VXII wieku, kiedy po roku 1607    z głównego trzonu Puszczy Radomskiej utworzono ekonomię królewską z administracyjną siedzibą w Kozienicach. Lasy te zawsze należały do dóbr królewskich, zwanych też dobrami stołowymi. Mieszkańcy wsi puszczańskich byli poddanymi królewskimi, którzy nie płacili danin i czynszów. Jedynymi ich powinnościami była tzw. danina miodowa i świadczenie usług podczas łowów.

Najwięcej zapisów związanych z historią puszczy, dotyczy okresu za panowania dynastii Jagiellonów. Jak podaje Długosz, król Władysław Jagiełło kierując dwoma połączonymi narodami, spędzał lata w Polsce, zimy zaś na Litwie i zwykle podczas powrotu z Księstwa do Korony miał zwyczaj zatrzymywać się w modrzewiowym dworze w Jedlni. Trakt którym przemieszczał się królewski orszak do dzisiaj nosi nazwę „królewskiej drogi”. W latach 1403 – 1434 na tym terenie przebywał 23 razy. Z wielkich polowań urządzanych w puszczy, należy wymienić tzw. wielkie łowy mające na celu zgromadzenie zapasu  mięsa na wojnę        z Krzyżakami w 1410 r. Natomiast w 1409 r.  zbudowano most łyżwowy (w odniesieniu do dzisiejszej nazwy pontonowy), który pod Kozienicami Wisłą spławiono do Czerwińska i tam posłużył do przeprawy wojskom polskim maszerującym na wojnę z zakonem krzyżackim.

Z innych królów polskich często przebywających na łowach w Jedlni, był król Kazimierz Jagiellończyk. W listopadzie 1466 roku, Kazimierz Jagiellończyk ze swoją żoną Elżbietą, uciekając przed zarazą, schronił się w Kozienicach. Podczas tego pobytu, w styczniu 1467 roku urodził się ich syn Zygmunt, przyszły król polski zwany Starym.

Wiek XVII i XVIII zapisał się w historii puszczy wielkimi zniszczeniami i wylesieniami na skutek częstych przemarszów wojsk szwedzkich, nadmiernego użytkowania i zakładania nowych wsi na mocno wyeksploatowanych obszarach lasu zamiast prowadzenia ich odnowień.         Drewno z Puszczy Kozienickiej, spławiane tratwami Wisłą do stolicy, zaspokajało potrzeby dworu królewskiego, min. do budowy pałacu w Łazienkach.

Pod koniec XVIII wieku powstały Stanisławice, na obszarze dawnej osady Półbór wieś Augustów. Nazwy tych wsi wiązały się z imionami ówczesnego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Kolejne wsie które powstały po 1765 roku to: Adamów, Sewerynów, Stanisławów, Ursynów, Cycelówka.

Puszcza Kozienicka według profesora Ryszarda Zaręby była pierwszym w Polsce kompleksem leśnym, dla którego sporządzono pierwszy prawdziwy opis lustracyjny, wytyczne do urządzania lasu i mapy leśne. Opracowanie nazwane zostało: „Opis stanu aktualnego Lasów Królewskich w Kozienicach zlustrowanych 14 do 27 stycznia 1794 roku podany i sporządzony przez Generalnego Ober Leśniczego Mehlig” – autor Adolf Karol Mehlig był Niemcem w służbie króla Stanisława Augusta.

Puszcza Kozienicka była miejscem działań party­zantów, w czasie powstań narodowych oraz obu wojen światowych, o czym przypominają miejsca pamięci narodowej –  pomniki, śródleśne obeliski, mogiły i cmentarze.

W 1795 roku, po trzecim rozbiorze Polski, lasy Puszczy Kozienickiej znalazły się w zaborze austriackim a w 1815 roku, po przegranej wojnie Austrii z Francją,   w Królestwie Polskim zachowując samodzielność gospodarczą. Zahamowano plądrowniczy system użytkowania lasu, a plan urządzania lasu stał się podstawą gospodarowania. Korzystny rozwój gospodarki leśnej przerwał wybuch Powstania Listopadowego w 1830 r. W wyniku klęski powstania od 1835 roku, część lasów zaczęto przeznaczać na tzw. donacje i majoraty, które w większości przetrwały do I wojny światowej.   Tragiczne piętno w drzewostanach puszczy spowodowało również Powstanie Styczniowe z 1863 roku. W czasie trwania  I wojny światowej na terenie Puszczy Kozienickiej wybudowano sieć kolejki wąskotorowej, którą wywożono wycięte drewno powodując jeszcze większe jej spustoszenie.

Po odzyskaniu przez Polskę niepodległości lasy Puszczy Kozienickiej zostały włączone do Skarbu Państwa i w jego imieniu zarządzane są do dzisiaj przez powstałe w 1924 roku przedsiębiorstwo Polskie Lasy Państwowe, przemianowane po 1945 roku na Państwowe Gospodarstwo Leśne Lasy Państwowe.

Kategorie
Historia i kultura KPK

Z kart historii

Region Puszczy Kozie­nickiej jest ściśle związany z historią Polski. Najstarsze ślady osadnictwa na tym terenie sięgają paleolitu.  We wczesnym średnio­wieczu puszcza stanowiła granicę plemienną między Mazowszem, a Małopolską. Strzegła jej linia grodów ciągnących się od Radomia przez Gródek, Mieścisko, Oleksów, Zajezierze. Szlak handlowy biegnący wzdłuż Wisły kontro­lowały grody w Sieciechowie, Kozie­nicach i Świerżach. Ożywione kontakty z Litwą, datujące się od pierwszych Jagiellonów sprawiły, że znaczenia nabrał wiodący przez puszczę trakt z Krakowa do Wilna, do dziś zwany Królew­skim Gościńcem. W  Puszczy Kozienickiej polowali Jagiellonowie.

Tereny te były niszczone w czasie „potopu” szwedzkiego, były miejscem zwycię­skiego pochodu Stefana Czarnieckiego, miejscem działań party­zantów, w czasie powstań narodowych oraz obu wojen światowych, o czym przypominają miejsca pamięci narodowej –  pomniki, śródleśne obeliski i mogiły.

W granicach Kozienickiego Parku Krajobrazowego przetrwały liczne przydrożne kapliczki oraz mniej liczne relikty dawnej zabudowy drewnianej dające świadectwo bogatej kultury materialnej wsi, rozwiniętej w okresie osadnictwa na tym terenie w XI w.  Obiekty  zabyt­kowe — kościoły, cmentarze, parki zabytkowe, zespoły pałacowe i budynki gospo­darcze znajdują się w pobliskich miejscowościach.

Kategorie
Historia i kultura KPK

Ksiądz Józef Gacki

Ksiądz Józef Gacki (1805-1876) – wybitna postać regionu, proboszcz parafii w Jedlni, historyk ziemi radomskiej, działacz społeczny, naukowy i polityczny. Był prześladowany przez władze carskie za popieranie i czynny udział w powstaniu styczniowym (1863), za co był później więziony w twierdzy dęblińskiej. Zakładał szkółki elementarne, likwidował istniejące karczmy, a tym samym pijaństwo, opiekował się potrzebującymi pomocy materialnej i duchowej. Autor wielu publikacji naukowych i monografii. Do najcenniejszych opracowań należą:

  • opracowanie dziejów Radomia,
  • „Benedyktyński klasztor w Sieciechowie według pism i podań miejscowych” (Radom, 1872),
  • „Jedlnia, w niej kościół i akta obelnego prawa” (Radom, 1874) –  książka ta jest źródłem poznania historii, gospodarki, kultury, obyczajów i języka tych okolic.
  • „O rodzinie Jana Kochanowskiego” (Warszawa, 1869)

Pochowany na cmentarzu w Jedlni obok mogiły powstańców styczniowych poległych podczas bitwy w nieodległych Jaścach (20 IV 1863).

Kategorie
Historia i kultura KPK

Krępowy skarb

Dawną, prastarą puszczę, zwaną dziś kozienicką rozciągniętą wśród bagien, ługów i piaszczystych pagórków porastały nieprzebyte bory. W ostępach leśnych oprócz zwierzyny i ptactwa żyły tajemnicze istoty, o których dowiedzieć można się było z opowieści starych ludzi lasu i myśliwych. Pierwsi ludzie zdobywając puszczę widywali owe istoty dość często. Kim były? Długo by wymieniać, może to: wodnicy, licha, duszki, czarciki, południce, zjawy, strażnicy uroczysk, skarbnicy, mary, mamuny.

Najgroźniejsze bywały topielice. O Garbatce nikt jeszcze wtedy nie słyszał, choć opowieść ta rozgrywa się w okolicach dzisiejszej północno-zachodniej Garbatki, wsi Molendy, Rudy i Krępca. Ludzie kierowani strachem przed kłami wilków, niedźwiedzi, a nade wszystko lękiem przed czarami, urokiem, przekleństwem, unikali wypraw w głąb kniei. Daleko w Puszczę, zapuszczali się jedynie szaleni śmiałkowie, ci którym życie było niemiłe, tacy, których zwiodły leśne duchy (były to czasy, kiedy nawet grzyby, jagody, kwiaty moc mamienia i zwodzenia w las posiadały) , trafiali się też i tacy, których w las pchała chciwość.

 

 

 

Do nieszczęśników zaślepionych rządzą zysków należał stary Mliś. Znał on Puszczę dobrze, nie raz śmierci w oczy zaglądał i zawsze z opresji sianem się wykręcał. Niedźwiedzi wiele oszukał, za długo byłoby o tym opowiadać. Z leśnych barci miód niedźwiedziom podkradał. Często bywało, że po jednej stronie pnia Mliś, a po drugiej miś. Na przemian łapy wpychają w dziuplę z miodem. Chłop robił to tak sprytnie, że żaden z niedźwiadków o wspólnej biesiadzie się nie zmiarkował. Mliś w poszukiwaniu nowych barci zapędzał się coraz głębiej w nieprzebytą puszczę. Ufał swej przebiegłości, lekceważył przestrogi starych ludzi. Chłop coraz to więcej miodu do budy (chaty) znosił. Orzechy, miód Mlisia trafiały na dwór królewski do samego Króla Łokietka.

– Więcej miodu przyniesiemy we dwoje – zwrócił się do córki Anki.

– Od dziś będziemy razem podbierać miód pszczołom. Głupia nie jesteś to i szybko się nauczysz. – Ojciec sprzeciwu nie znosił to też Anka pośpiesznie głową kiwnęła.

– Tak ojcze.

Już dobry miesiąc mijał jak córka z ojcem miód do beczek znosi. Ance opuchlizna po pierwszych ukąszeniach owadów zeszła. Znów była śliczna. O miodowych włosach i chabrowych oczach. Szkoda, że w okolicy żadnego młodzieńca nie uświadczysz. Cóż warte samotne życie córki puszczaka. Pustelnia.

– Pszczoły okrada, miód chciwie gromadzi ponad miarę, las niszczy, braci niedźwiedzi wykpiwa. – takich to leśnych duchów rozmowy na temat Mlisa wiatr roznosił po puszczy.

– Do zmierzchu czasu jeszcze dość jednak wracać trzeba bo droga daleka.                    

– Powiedział ojciec do córki podając jej garniec pełen miodu. Dźwigają połyskującą w dzbanach zdobycz.

– Prosto trzeba nieść, by nektaru nie stracić!

Ance wydawało się, że ilekroć przechodzi w tym miejscu czuje czyjś wzrok na sobie. Przekonana była, że nie jest to wzrok roślin, zwierząt, czuła, że ktoś ją obserwuje.

– Najtrudniejszy to etap wyprawy, noga w bagnisku utknie, miód się wyleje i dzień zmarnowany. – przed topielicami ojciec zawsze przestrzega – najważniejsze, żeby nie spoglądać na swoje odbicie w ługowych wodach, zawsze w nim licho siedzi lub topielica i tak w głowie zawróci, tak zakołuje, że aby patrzeć jak w odmęty wciągnie. 

Promienie popołudniowego słońca radośnie jeszcze oświetlały rozlewiska i okoliczne drzewa. Mliś bagnisko znał doskonale, szedł pierwszy, od kępy do kępy. Omijając zdradliwe, torfowe oparzeliska. Przystanął. Rozejrzał się

– Bądź uważna, bo bagno co dzień to inne. – przestrzegał. – Jeszcze parę kroków i twardy grunt. 

Anka skupiona w milczeniu podążała za ojcem. Słowa przestróg dudniły jej w głowie. Bała się. Zawsze najbardziej bała się tego miejsca. – Dobrze, że już stąd wychodzimy. –  myślała. Prawa noga Mlisa ześlizgnęła się z twardej kępy. zachwiał się, a ciało jego odchyliło się do tyłu. Traci równowagę. A mimo to desperacko dźwiga dzban w górę. Trzęsawisko zawirowało. Mchy jakby zassały powietrze. Wypuszczają zielone łap, chwytają chłopa za uda, za gardło, ciągną do siebie. Mliś dzbanu nie puszcza. Na oczach córki zapada się z nim w zielonych porostach. Anka wyrzuciła dzban, a chwyciła brzozową gałąź podając ją ojcu.

– Tato rzuć dzban a chwyć gałąź, ratuj się ! – krzyknęła.

Na nic prośby Anki, na nic jej płacz. Ojciec zniknął wśród zielonych mchów i wodorostów. Znad grzęzawiska unoszą się mgliste opary przesiąknięte intensywnym fetorem przegniłych resztek torfu. Tańczą, przybierają złowrogie kształty obcych ludzi. (Ludzie mówią, że to kształty tych utopionych lub zaczarowanych przez licho.). Spowiły oczy dziewczyny. Nie wydobyła z przerażenia ani słowa,  mimo, że tak bardzo chciała krzyczeć ratunku. Wodorosty dotykają, łapią śliskimi kończynami za nogi. Są już wszędzie, wciągają do bagniska.

– To koniec – pomyślała.

Wtem silnym ramieniem ktoś objął na wpół omdlałą dziewczynę. Wyrwał z oparów i brudnych łap torfowiska.

– Ktoś ty?

– Nazywam się Kręp. – wyprowadził Ankę na suchy brzeg.

– Ratuj ojca, błagam.

Kręp wskoczył w mokradła. Za nim podążała struga czystej wody. Złączyła się w niewielkie jeziorko z inną czystą wodą, stworzyła tak silny wir, który wyrzucał na brzeg wszystko co ugrzęzło w ostatnich latach w mokradłach: pnie drzew, koła od wozów kupieckich i starego Mlisa z dzbanem w rękach. Chciwiec nawet pod wodą ich nie wypuścił. Bagno po chwili przycichło. Srebrne strużki czystej wody, swą pajęczyną, znów pokryły torfowisko. Słońce zachodziło. Jedynie bagienny odór i mokre ubrania były niemymi świadkami niezwykłego wydarzenia. Mliś długo łapał powietrze, zanim do córki przemówił.

– Całaś?

– Tak.

– To dobrze – odetchnął. – A miód?

– Miód przepadł.

– Ja swego nie puściłem – spojrzał na dzban, a tam miód zmieszany z torfem.

– Nieszczęście !

– Ojcze to szczęście, że żyjemy. Że Kręp nas uratował.

– Kręp? …już gdzieś słyszałem te imię. Ciemno, ruszajmy do chaty, żeby złego po nocy nie kusić.

– Tato trzeba mu podziękować.

– Jutro, jutro córeczko… (nie wiadomo czy skończyłoby się na samym dziękowaniu, może za ratunek orzechów, lub co gorsza miodu sobie zażąda. Jakiś czas tamtędy chodził nie będę to ten Kręp o przysłudze zapomni).

Tej nocy Anka nie spała – myślała o Krępie a serduszko mocno jej biło. Który to już z kolei ranek jak Anka staje nad brzegiem bagniska i smutno spogląda na obszerne rozlewisko. Tak jak gdyby oczekiwała na spotkanie. Tęskni. Oczyma wodzi po zaroślach. Na strudze pojawiają się srebrzyste nitki czystej wody, łączą się. Przybierają ludzki kształt. Dziewczyna cofa się przerażona. Z wody wynurza się Kręp.

– Witaj Aniu.

– Witaj, przyszłam, żeby Ci podziękować za ratunek.

– Nie trzeba, nie dziękuj. Czy Ty nic nie rozumiesz? Ja ratowałbym Cię 100 i 1000 razy. Nawet gdybym musiał wskoczyć w ogień, a woda to przecież mój żywioł.

– Dlaczego? – pyta Anna wstydliwie opuszczając wzrok. Policzki ogrzane krwią poczerwieniały mocniej a serce biło szybciej. Świat znów zawirował. W oczach pociemniało.

– Kocham Cie Aniu i chcę, żebyś była ze mną, żebyś była moją żoną.

Kręp był pięknym silnym młodzieńcem. Podobał się bardzo Annie. Pokochała go od pierwszego spotkania – ja też Cie kocham!

Od tej pory spotykali się codziennie. Spotykali się tak przez jesień zimę, wiosnę, lato. Biegali po leśnych wąwozach, łąkach, polanach i nad brzegami ługów. Kręp dbał o wszystko, o pożywienie dla ciała i radość dla duszy.

– Nie zajmujesz się myślistwem, nie zbierasz leśnych owoców, nie jesteś puszczakiem, kim jesteś?

– Bałem się Ci wyjawić tę prawdę. Nie jestem człowiekiem, mogę przybierać i przeobrażać się w różne postacie – Anna zbladła – Mimo, że wiele postaci to jedno mam serce, które bije tylko dla ciebie. Jestem duchem leśnym, strażnikiem czystego źródła. Woda musi być czysta. Pilnuję by grzęzawiska nadmiernie się nie rozrastały, by nie zabierały i zatruwały wody pitnej dla ludzi, zwierząt i roślin.

– Nie mogę cię poślubić, przecież nie jesteś człowiekiem – płacze dziewczyna – a życia bez ciebie dla mnie nie ma.

– Żyj ze mną Aniu. Zbuduję w gęstwinie chatę lub zamczysko, będziesz szczęśliwa. 

 Anka tak mocno kochała Krępa, że samotne życie jej nie przerażało, choć nie tak wyobrażała sobie swoją przyszłość. Marzyła o mężu który będzie uprawiał pole, o kościelnych ślubach, o gwarnej wsi pełnej sąsiadów a tu duchy, pustkowie i leśne ostępy.

– A ojciec? Nigdy mi nie wybaczy, chciałabym mieć jego błogosławieństwo.

– Porozmawiajmy z nim. –

Rozmawiać nie trzeba było. Mliś od dawna szpiegował parę zakochanych. Teraz, gdy wyszła prawda na jaw, w szale rzucił się na Krępa. chciał go zamordować. Lecz jak pokonać ducha, który znika za drzewem, wyrasta za plecami. Zrozpaczony legł na ściółce i gorzko zapłakał.

– Czarcie córkę mi ukradłeś. Czary na nią rzuciłeś, żeby w sobie rozkochać. Ona dla ludzi chowana. Za miód i orzechy posag szykowałem. te dziecko matki nie miało…

– Tato będę szczęśliwa z Krępem, tylko mnie pobłogosław –

– Muszę wiedzieć, czy on potrafi o ciebie zadbać i czy ma szczere zamiary. W głowie Mlisa zrodził się przebiegły plan.

– Każdy wie, że leśne duchy znają miejsca ukrytych w Puszczy Skarbów. Pokaż gdzie on jest a udowodnisz, dobre intencje i szczere zamiary –

Kręp uśmiechnął się znacząco. Poprowadził głębokim wąwozem na południe. Wąwóz się kończy tam gdzie wyrastają trzy potężne jawory.

– Są tu dwa skarby – oznajmił. – Jeden dla tych którzy złoto kochają a drugi dla tych, którzy innych kochają. – Tu odgarnął zeszłoroczne liście, odsłonił głaz i wydobył szkatułę pełną złota. Prawdziwy majątek. Oczy chłopa zaświeciły mocniej niż owe złote talarki.

– Bierz skarb jest Twój. Możesz dać Annie szczęście błogosławiąc naszą miłość. 

Mliś spojrzał badawczo. Pomyślał, cóż, przy takim zuchu nic złego jej nie spotka. Pobłogosławił swe dziecko i Krępa.

– A ten drugi skarb?

– Jest zakopany głębiej, na dwóch chłopów. Znajdziesz kamień, który trzeba przesunąć i tam ujrzysz drugi skarb. Skarb, którego ja jestem strażnikiem. 

Uradowana Anka rzuciła się na szyję Krępa.

– Tato zamieszkaj z nami.

– Tak tak, tylko porachuje talarki, wydobędę drugi skarb. Na razie zostawcie mnie w spokoju.

Kręp i Anka szczęśliwi pobiegli wzdłuż wąwozu. Puszczak przed zmrokiem dół ogromy na dwóch chłopów wykopał.

– Jest kamień! – drągiem podważa a tam spod głazu lodowata woda źródlana tryska. Woda najczystsza w całej puszczy. O nieznanym smaku. Chłodna jakby z samego księżyca skapywała. Gdy zrosi uschłe źdźbła traw to zaraz zielenieją. Podbiały, wrzosy, konwalie, borówki, rosiczki, piękniejsze rosną niż gdzie indziej. Wdzięczniej pachną, szybciej leczą. Mliś skarbu coraz histeryczniej szuka. Resztkami sił wali drągiem w miejsce pod drugim kamieniem. A tam woda coraz obficiej wypływa. Tryska w górę i zalewa oczy.

– Oszukałeś mnie, nikczemniku, tu nie ma skarbu ! 

Strudzony ciężką pracą przy wykopie, z poczuciem, że został wykpiony napił się źródlanej wody. Jeden łyk, drugi. Jakby lepiej mu się zrobiło. Woda pyszna, nigdy tak dobrej nie pił. Ochłonął. Przysiadł na jaworowym konarze i spogląda w cichości jak strumień tanecznie wije się zakolami, szemrze puszczańską muzykę. Piękny to widok dla duszy i ciała strudzonego człowieka. A gdy ujrzał, że do strumienia garną się trawy i kwiatuszki, że pochyla się tam czosnek niedźwiedzi, frunął ptaszki i sarenki by ugasić pragnienie. Zawstydził się swej niegodziwości. Pomyślał „przywołam dzieci do siebie, przeproszę za chciwość”. Zmrok już dawno zapadł nad Knieją. Tylko księżyc przeglądał się w srebrzystej źródlanej wodzie.

Podobno, że gdy powstaje źródło zawsze będzie powtarzać swym szumem usłyszany pierwszy głos. A tu, cisze przerywa jedynie głos wołającego ojca.

– Kręp! Anka! Kręp i Anka. Krępczanka, Krępianka. – wtórowało echo strumieniowi.

Duchów leśnych już dzisiaj rzadziej można spotkać. Pozostają jednak po nich ślady w postaci nazw rzek, uroczysk i ługów. Zdarza się, że dzisiaj przed wieczorem, gdy uda się wsłuchać w szum potoku, można usłyszeć głos Mlisia: Kręp! Anka! Kręp i Anka. Krępczanka, Krępianka.

logo-ue.png

logo-bip-2.png

Treść | Menu | Przyciski